LOTNISKO GOCŁAW, JÓZEK MENET I KOŁO STEROWE

Dla wielu tysięcy Warszawiaków, osiadłych gdzieś pomiędzy Saską Kępą, Grochowem, Wawrem i Wisłą, będących obecnie w tak zwanym wieku średnim a nawet młodszych, posiadaczy tudzież właścicieli różnorakich nieruchomości, czy też zwykłych podnajemców swoich M – ileś, bądź też ludzi przebywających w tym rejonie miasta z różnych innych powodów, jest to miejsce z rzadka tylko kojarzące się z czymś, co u starych lotników nadal wywołuje potężny dreszcz emocji i powrót przepięknych wspomnień związanych ze wspaniałym lotniskiem Gocław, które teraz pozostało już tylko w nazwie wielkiego osiedla mieszkaniowego. Świętego dla lotników miejsca, na którym wcześniej, przez kilkadziesiąt lat całe pokolenia młodych i nieco starszych albo całkiem starych spadochroniarzy, szybowników, pilotów samolotowych i helikopterowych, modelarzy oraz wielu innych niezwykłych marzycieli, nabierało nieuleczalnego apetytu na przestworza. Szli potem kręta, ale przepiękną i fascynującą aeroklubową ścieżką, wydeptaną na soczystej, zielonej murawie Gocławia, stopniowo „przepoczwarzając” się z uczniów adeptów latania, w często wybitnych sportowców. Albo też spełniając swoje marzenia, stawali się najprawdziwszymi zawodowcami, zasiadającymi za sterami Dream Linerów.
To nasze małe lotnictwo na Gocławiu, było wyjątkowo piękne. Są tacy, którzy widząc za sterami potężnego odrzutowca, poważnie wyglądającego pilota, w koszuli o nieskazitelnej bieli, ze złotymi naramiennikami i czapce z daszkiem, wzdychają często z należnym szacunkiem i podziwem. A przecież ten obiekt pełen „nadziemskiej” godności jest najczęściej, niejako finalnym produktem tego, co teraz nazywa się małym lotnictwem, w odróżnieniu od dużego a nawet wielkiego, kojarzącego się już tylko z dalekimi podróżami, rykiem potężnych silników, strumieniami pasażerów przetaczających się przez lotniska i kontenerami pełnymi towarów. Ale końcu wszystko zaczyna się gdzie indziej. Wywodzi swoje korzenie wprost z czegoś tak niezwykle ulotnego i słabo widocznego, jak te przestrzenie pokryte murawą, na których gromadki młodych ludzi próbują poprzypinać sobie skrzydła. Takim właśnie miejscem było lotnisko Gocław – kuźnia lotniczych fachowców.
Zaczyna się to wszystko bardzo groźnie, jak nieuleczalna choroba. Co prawda bez śmiertelnego skutku, ale też bez perspektyw na uzdrowienie. Gdy młodego człowieka dopada chęć uniesienia się w powietrze, i nie potrafi się temu oprzeć, a jakiś instynkt wiedzie wprost na lotniska i łąki na których się dzieje coś związanego z lataniem, to bez wątpienia oznacza, że to właśnie początek tej choroby. Dla wielu, nigdy się nie kończącej, ale paradoksalnie dającej olbrzymią satysfakcję. Choroby mającej postać wielkiej podniebnej przygody. Przypominającej obsesyjny taniec, podczas którego zdeterminowany tancerz zachowuje się jak w transie.
Jedni pierwszy krok w kierunku lotnictwa wykonują w pracowni modelarskiej, jeszcze inni – szczęściarze – w krainę marzeń wchodzą o krok głębiej od razu i bez wahania, trafiając z marszu na upragniony kurs nauki latania. Na lotniach, motolotniach, szybowcach samolotach, czy helikopterach. Na czym się da, a potem dalej, dalej… dalej. Kto połknął ten bakcyl, ten wie co to znaczy.
Jakże więc trudno to małe lotnictwo sklasyfikować. Czy tylko umownie jako małe? A może małe znaczy wielkie? Patrząc przez pryzmat realizowanych zadań i zakres profesjonalizmu latających załóg, jest rzeczywiście małym, ale każde duże rozpoczyna się jednak zawsze od tego małego. Małe lotnictwo na Gocławiu dlatego było piękne, że wędrówka do nieba setek adeptów tej sztuki z Warszawy i Mazowsza najczęściej w tym właśnie miejscu miała swój początek. Wymagała szczególnej uwagi i troski. Aeroklub Warszawski ją zapewniał. Może teraz tak jest również, ale wtedy, gdy tych sto hektarów łąki nad Wisłą, pomiędzy Saską Kępą, Grochowem i Wawrem tętniło lotniczym życiem, tak było na pewno.
Nawet obecnie, wielkie osiedle mieszkaniowe Gocław – Lotnisko, z małymi i dużymi sklepami, gigantycznymi hipermarketami, z szerokimi arteriami i tysiącami pomykających nimi samochodów, ze dużymi obszarami porośniętymi murawą, wypieszczoną jak na sportowych boiskach, i setkami dorodnych już drzew pomiędzy bezdusznymi „bloczydłami”, nie utraciło do końca swego pierwotnego charakteru zielonej łąki, jak wiele innych podobnych miejsc, zachowując dalej żywe związki z przyrodą i jest o dziwo – nadal … zielone. Aż dziwne, bo przecież to zwykłe zbiorowisko zupełnie nie związanych ze sobą ludzi, którzy w żaden sposób nie byli zmotywowani do przenoszenia w swojej świadomości tradycji tego miejsca. Być może zadziałała jakaś magia. Kiedyś przecież jako przepiękne lotnisko, ta szmaragdowa łąka działała jak wabik. Postrzegana przez okolicznych mieszkańców jako oaza zieleni, do której przez wiele lat w chwilach wolnych od pracy, w święta, urlopy, ciągnęły tutaj rzesze mieszkańców stolicy, po to by się odprężyć i odpocząć, a przy okazji móc podziwiać podniebne wyczyny lotników. Przede wszystkim spadochroniarzy, szczególnie wtedy, gdy z samolotu „wysypywało” się ich kilku, czy kilkunastu i na swych kolorowych grzybkach wisieli przez dłuższą chwilę na tle błękitnego nieba. Ale też szybowników i „samolociarzy” uwijających się po niebie na swoich – jak miejscowi mawiali „parkotkach” lub kręcących nawet najbardziej hałaśliwe akrobacje. Potem doszły do tego helikoptery i …jakoś nikomu to nie przeszkadzało…
Ale którejś wiosny nadeszła agonia, zwiastująca rychłą śmierć tego cudownego miejsca, bo jakiemuś, zamieszkałemu w nieodległym Aninie w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia premierowi, zaczęło jednak przeszkadzać. Miał władzę i zostało zlikwidowane. Mówiło się, że na jego żony fermie srebrnych lisów, samice przedwcześnie rodziły małe – z powodu …hałasu. Bardziej złośliwi, w swoich enuncjacjach dodawali do tego następny „poziom”, twierdząc, że ponieważ syn premiera z pierwszego małżeństwa, bardzo lubił Gocław i nawet z niezłym skutkiem uczył się tam latać na samolotach, to właśnie to stało się powodem jego likwidacji. Macocha bardzo nie lubiła swojego pasierba…
Pewnego wiosennego dnia 1978 roku przed hangarami pojawiły się buldożery, i to był koniec.
Swoistego rodzaju reinkarnacją, ale już tylko zachowaną w nazwie wielkiego osiedla mieszkaniowego – jest Gocław Lotnisko, zamiast Lotnisko Gocław. Jednak skąd wzięło się samo słowo „lotnisko”, już niewielu mieszkańców miejscowych blokowisk tak naprawdę wie.
Moją własną drogę do nieba, rozpocząłem w Aeroklubie Radomskim podstawowym szkoleniem szybowcowym w roku 1967. Byłem dumny i szczęśliwy. Tam też w czasie następnych wakacji zacząłem piąć się do góry, zdobywając kolejne uprawnienia szybowcowe. Jednak w samym końcu lat sześćdziesiątych trafiłem właśnie tu na Lotnisko Gocław. Przyspieszyłem, a nawet nabrałem rozpędu w budowaniu swojego lotniczego życiorysu, co zaprowadziło mnie najkrótszą drogą do zawodowstwa. Pasja stała się pracą. To dla mężczyzny spełnienie marzeń i wielkie szczęście.
W towarzystwie, a w zasadzie pod okiem wielkich instruktorów Aeroklubu Warszawskiego, jako lotnik szybko „dorastałem”. To były prawdziwe osobowości, kibicujące czynnie poczynaniom wszystkich młodych, pragnących odbić się od ziemi się, ludzie którzy jak czarodzieje, za pomocą niewidzialnego dotknięcia, nadawali sens moim powietrznym zmaganiom. I jak oni to robili… Produkowali po prostu maniaków latania…
Później, ci fanatycy awiacji – fantastyczni piloci, instruktorzy, spadochroniarze i nie tylko – pozostawali przyjaciółmi na zawsze, połączeni widokiem hangarów pełnych samolotów i szybowców, z porozkładanymi przed nimi czaszami różnokolorowych spadochronów i …zapachem trawy przemieszanym z wonią benzyny „skapującej” niekiedy z silników samolotów, który jak narkotyk potrafił zawładnąć umysłami, bez reszty. Tam to wszystko się zdarzyło – na Lotnisku Gocław.
Ten czas będzie się do końca moich dni kojarzył z Panią Lidią Pazio, w owym czasie pierwszą damą Aeroklubu Warszawskiego, mającą oprócz talentu solidnego podniebnego nauczyciela, niezwykły dar podejmowania błyskotliwych decyzji. Powiem tak – złotą szybowcową odznakę z trzema diamentami zdobyłem oczywiście ja osobiście, i tego się nie wypieram, ale matką chrzestną tego wyczynu jest Pani Lidia, która – parafrazując tyranów – wręcz „kazała” mi dorabiać do zwykłej złotej, każdy kolejny kamień. I oczekiwała posłuszeństwa. Dostawałem więc „rozkazy”, które miałem wykonać, i …wykonywałem. Świetne wyczucie i jej „błogosławieństwo” na drogę owocowało sukcesami. W dużej części jest to również jej odznaka.
Była kobietą przez niektórych uważaną, za szorstką w obyciu, ale przy tym stuprocentowym pilotem instruktorem. Dziś po latach wiem na pewno, że szorstkość dostrzegali w niej jedynie tacy, którzy w zdobywaniu kolejnych lotniczych umiejętności słabo sobie dawali radę, albo w ogóle, i przy tym mogli tylko pomarzyć, by być takimi mężczyznami, jaką ona była kobietą. Wspaniały i zarazem bardzo wymagający człowiek.
Z instruktorem Zbyszkiem Staroszem, człowiekiem, który trudną naukę latania na poczciwym Jak – 18 potrafił przekształcić w prawdziwą przyjemność, mówiąc szkolonym tak bardzo po swojemu, z czego był zresztą wśród braci lotniczej znany w całym kraju – „bo wiesz bracie rozumiesz, z samolotem trzeba jak z dziewczyną – delikatnie, ale stanowczo – ulegnie wtedy na pewno, a jak nie, to jesteś po prostu pospolitym dupkiem”. Nota bene, co jakiś czas w trakcie szkolenia i przerabiania kolejnych ćwiczeń, zdarzało mi się pomyśleć o sobie – dupek…, ale zaraz na pocieszenie – przychodziła do głowy myśl następna – a może nie całkiem pospolitym?
Albo z Lidką Głodkowską, początkującą wtedy spadochroniarką, młodziutką, filigranową, przy tym dziewczyną niezwykle piękną, w której podkochiwali się wszyscy młodzi faceci, i ja też. Dostałem kosza, ale za to pozostaliśmy dozgonnymi przyjaciółmi. Duża sprawa, warto było.
To wszystko działo się na lotnisku Gocław, na którym stoją teraz domy, jeżdżą samochody a po ulicach powstałych na dawnym polu wzlotów, przewalają się tłumy ludzi. Jest jednak jakiś czar tego miejsca. Wydaje mi się, że nawet myślę o nim z należnym mu patosem. Pozostało tak do dziś. Starzy lotnicy doskonale pamiętają każda piędź ziemi, hangary i zabudowania, nosząc w umysłach zakodowany jego kult.
I wreszcie z Lotniskiem Gocław związane są moje osobiste wspomnienia z początków latania helikopterami, pojazdami powietrznymi za których sterami, spędziłem w ciągu następnych lat tysiące godzin. Dostarczyły mi wiele satysfakcji i pozwoliły „przeczołgać” się przez kawał świata. Byłem już wtedy świeżym zawodowcem, pilotem równie świeżego, nowopowstałego Przedsiębiorstwa Usług Lotniczych „AEROPOL”. Wtedy znowu miało się okazać, że mam po prostu szczęście do lotniczych nauczycieli. Spotkałem Zbyszka Karpińskiego.
To właśnie z nim jako instruktorem, cały program szkolenia na helikopterach do licencji zawodowej, przerobiłem wbrew wcześniejszym obawom, koncertowo. Dopóki jednak się nie „naumiałem” sam wpływać na to, co można zrobić z takim latającym „czajnikiem” – jak pieszczotliwie nazywaliśmy MI-2 – najpierw wszystko mnie szczerze śmieszyło, a niekiedy nawet deprymowało. Do przodu, do tyłu, w lewo, w prawo, w górę, w dół i wreszcie „stop” – przestawało to jednak bawić w chwili, gdy się samemu trzymało za stery. Owszem, prawie wszystko da się zrobić, ale ze Zbyszkiem te „sztuczki” przychodziły nadzwyczaj łatwo. Był jako instruktor, doskonały w tym co robił i dość łatwo tchnął we mnie ducha zawodowego lotnika. Jestem temu staremu instruktorowi – przyjacielowi za to wdzięczny bezgranicznie.
Mając 24 lata, jako posiadacz licencji szybowcowej, mogłem do niej dodać jeszcze dwie zawodowe – samolotową oraz helikopterową.
Wtedy też na mojej lotniczej drodze pojawił się Józef Menet, postać nawet nie tyleż nietuzinkowa, co prawdziwie fascynująca.
Pamiętam, że jeszcze jako młody pilot sportowy Aeroklubu Warszawskiego, prawdziwy amator, przyglądałem się – dla mnie wówczas panu Józefowi – oczami często wytrzeszczonymi, jak przysłowiowe stare dziesięciozłotówki – z należnym szacunkiem i nieskrywanym podziwem. Do nas, „ptaków” jeszcze słabo opierzonych , z przysłowiowym mlekiem pod nosem, zwracał się uroczo per – „robaczki”. Ale szybko i dość przewrotnie, przylgnęło to niebawem do niego. Większość z naszego lotniczego świata właśnie o nim mówiło potem do samego końca – „Robaczek”.
Józek Menet sprawiał doskonałe wrażenie już tylko jako człowiek. Jako lotnik tylko to spotęgował. Spokojny, rzeczowy, o wielkiej osobistej kulturze, bardzo mądry. Zresztą wszyscy wiedzieliśmy, że jest po prostu KIMŚ.
Najpierw, jako absolwent Szkoły Wawelberga, wybrał się tak trochę nietuzinkowo do wojska i ukończył z rozpędu Wojskową Akademie Techniczną, by natychmiast po jej ukończeniu – będąc już w mundurze – zapukać do bram Szkoły Orląt w Dęblinie, też ją „zaliczyć” z tak zwanym „dopalaczem” i w ekspresowym tempie rozpocząć latanie na odrzutowcach. Niewiele czasu potrzebował na zdobycie uprawnień pilota doświadczalnego – oblatywacza , instruktora, najpierw na samolotach, potem na helikopterach i chyba wszystkiego, co można osiągnąć w lotnictwie. Przy tym nie był kolekcjonerem, jak niektórzy, ale pilotem rasowym w pełnym tego słowa znaczeniu.
Taki ktoś jak on, potrafił zadziałać na wyobraźnie. Do czego się w lotnictwie nie dotknął, natychmiast, jak król Midas, zamieniał w złoto. Był powszechnie lubiany jako świetny lotnik, koleżeński, bardzo rzetelny i kompetentny, ale przede wszystkim jako człowiek, zupełnie niezwykły, jakby nie z tej epoki, nie mówiąc już o tym, że takiego kumpla chciał mieć każdy – zarówno młody jak i stary wyga. Jeżeli w lotnictwie spotyka się pilotów instruktorów o których mówimy – „kompletni” albo „spełnieni”, to on niewątpliwie takim był.
Ale ten uroczy, trochę renesansowy człowiek miał również inne, nie mniej fascynujące pasje, chociaż nikt nie zgłębił do końca, jakie.
Zupełnie jak ktoś żywcem przeniesiony z epoki wielkich odkryć do współczesności – żeglował… i marzył o … wielkich, dalekich podróżach. Paradoksalnie – jak mawiał często – to również kojarzyło mu się z lataniem, bo było podobne do szybownictwa – jak ono urokliwie i romantyczne. Stanowiło zawsze prawdziwe mocno osadzone w czasie wyzwanie, z jeszcze głębszym sensem – chodziło o bezkres przestrzeni, w której człowiek miał szanse się spełniać lepiej od innych, która go całkowicie i na długo uzależniła, stając się rodzajem ciężkiej i nieuleczalnej choroby, na jaką mają szczęście zapadać tylko ludzie wyjątkowi. On „zapadł” już wcześniej na lotnictwo a z czasem ten nieuleczalny już stan jeszcze się pogłębił o żeglarstwo.
Miałem przyjemność spotykać również – niejako przy okazji – przyjaciół Józka Meneta, – „nie pilotów” – jak o nich mawiał – a tylko żeglarzy w najczystszej postaci. Ale o dziwo podobnych do niego. Poprzez swoje idee fix, niezwykle pozytywnie „nawiedzonych” i „nakręconych”, chociaż absolutnie z poza lotnictwa. Myślałem wtedy – z rodzajem delikatnej satysfakcji – dobrze, że „popaprańcy” są wszędzie.
Niemniej jednak, oni też związani byli z …lotniskiem Gocław.
By móc spełnić swoje żeglarskie marzenia, Józek zaczął budować przy ich pomocy jacht. Wielki, betonowy, ponad dwunastometrowy olbrzym – w technologii dotąd w kraju niespotykanej, mający w misternie układanych planach, pokonywać tysiące mil, pomiędzy malowniczymi wysepkami Oceanu Spokojnego, po tropikalnych akwenach Tahiti, Bora – Bora i Hawajów. Załogę pod swoim dowództwem, planował skompletować z tychże wyjątkowych ludzi – marzycieli, o oczach z ciekawością wypatrujących dalekiego świata. Stępka pod budowę jachtu została położona na terenie Aeroklubu Warszawskiego, naprzeciw hangaru.
Ta budowa rozpoczęta jeszcze na terenie lotniska Gocław, trwała w najlepsze… i ciągle w tym samym miejscu, nawet wtedy, gdy tymczasem wkoło rosły wieżowce a „lotnisko” pozostało w międzyczasie już tylko w nazwie osiedla mieszkaniowego – jako Gocław Lotnisko. Brutalnie i dość szybko „wyprowadzono” z tego kultowego wręcz miejsca szybowce, samoloty i helikoptery, a całą działalność Aeroklubu Warszawskiego, Przedsiębiorstwa Usług Lotniczych „AEROPOL”, Centralnego Zespołu Lotnictwa Sanitarnego wraz z tym co pozostało po Zakładzie Usług Agrolotniczych, przeniesiono na lotnisko Babice oraz Okęcie. Powiało smutkiem, pozostała nostalgia.
Tam gdzie kiedyś było lotnisko, w dawnych zabudowaniach Aeroklubu Warszawskiego, teraz już jednak osiedla mieszkaniowego o łudząco podobnie brzmiącej nazwie, pozostał tylko Józek Menet. Na tyłach dawnego hangaru, wynajął z tylko jemu znanych powodów dwa małe pomieszczenia, przysposabiając je na mieszkanie i osiadł w nich na stałe, …obok dalej budowanego przez siebie jachtu. Może o to chodziło? Było mu dobrze. Sprawiał wrażenie szczęśliwego człowieka.
Wtedy też, jako pilot stał się najprawdziwszym „wolnym strzelcem”, podnajmowanym najczęściej do specjalnych poruczeń – przede wszystkim zaś jako ceniony instruktor. „Podlatywał” na tej zasadzie w przeróżnych firmach i miejscach, coraz więcej jednak czasu poświęcając swojemu „cacku” do żeglowania. Dopieszczał tego betonowego „stwora”, jakby to była żywa istota.
W drugiej połowie 1983 roku stałem się właścicielem swojego „M” na Osiedlu Gocław Lotnisko. Byłem z tego powodu bardzo rozdarty emocjonalnie i wcale nie najszczęśliwszy – cały czas żal mi było tego miejsca, mając w żywej pamięci jego poprzednią funkcję. Gdzieś jednak trzeba było mieszkać.
Stałem się w ten sposób niedalekim sąsiadem Józka. Czasami zupełnie przypadkowo widywaliśmy się w tych okolicach, najczęściej w kolejkach do kasy, robiąc zakupy w kilku miejscowych sklepach, chociaż od wieli już miesięcy to Lotnisko Babice zdecydowanie częściej, sprzyjały takim spotkaniom, gdzie ja latałem zawodowo a on, w zależności od zapotrzebowania, „najmował” się do świadczenia przeróżnych usług, ale przede wszystkim jako ceniony instruktor.
Coś się jednak zmieniło, gdy zacząłem z moją kilkuletnią wtedy córeczką chadzać na spacery.
- Jędruś, „Robaczku” – czy ta mała osóbka, to twoja progenitura?, już tak wyrosła?, usłyszałem któregoś dnia znajomy głos Józka Meneta. – Zapraszam do mnie. Obejrzysz przy okazji mój „okręt”. Ocenisz postępy prac. Robię dobrą kawę, pogadamy, a córeczce – a propos, jak ma na imię? – Aleksandra, po prostu Ola, odpowiedziałem. – A Oleńkę uraczę prawdziwymi smakołykami, zobaczysz jak się jej buzia roześmieje.
I rzeczywiście, chwilę później zasiedliśmy na wygodnych krzesłach z dużymi „kubasami” aromatycznej kawy, co w tamtym czasie sprawiało poczwórną przyjemność, bo kawa w ogóle była towarem deficytowym, a ta jak pamiętam, wydawała się wyjątkowo dobra. Tymczasem na stole „wylądowały” obiecane słodycze – czekolada, cukierki, chałwa, soki. Prawdziwy PEWEX, jeżeli ktoś jeszcze pamięta, co to takiego było. Oczywiście, o spacerze należało już zapomnieć. Po powrocie do domu z „posiadu” u wujka Józka – prosił by tak się do niego zwracała – córka długo jeszcze wspominała przygotowane specjalnie dla niej atrakcje.
Spotykaliśmy się potem jeszcze kilka razy i czasami uśmiechałem się potem sam do siebie, gdyż to moja mała córeczka bywała niekiedy tego inicjatorką, mówiąc po parudziesięciu minutach niedzielnego spaceru – tata, chodź pójdziemy do wujka Józka. I jak tu nie pójść, gdy dziecko prosi?
Pewnego dnia zasiedzieliśmy się u niego nieco dłużej, niż zwykle. Ola „rutynowo” podjadała słodycze, my natomiast jako rasowi piloci ostro „lataliśmy”, tocząc mądre i wielce uczone dyskusje o przestworzach. Ale tym razem, po pewnym czasie rozmowa zeszła na coś zupełnie nowego.
– „Robaczku”, co byś powiedział, gdybym ci zaproponował rejs po Pacyfiku? Niech tylko skończę ten mój „betonowiec” to chętnie bym cię zamustrował jako załoganta. No to jak?
Widząc moje wytrzeszczone oczy, szybko dodał
– przecież nie musisz podejmować decyzji tu i teraz.
Właśnie w tym momencie, Józek zaproponował mi możliwość spełnienia również moich marzeń – pomyślałem – i dobrze o tym wiedział. Oczami wyobraźni zacząłem teraz widzieć to, co on widział latami i czym żył już od bardzo dawna, a ja mu w gruncie rzeczy …zazdrościłem.
– Dzięki stary, oczywiście, że płynę. Tylko proszę – nie rozmyśl się… Oczami wyobraźni byłem już na Bora – Bora, a może jeszcze dalej…
Zacząłem zbierać się powoli do wyjścia, gdy wydarzyło się coś, co pomimo upływu lat stale mi towarzyszy jako powracająca natrętnie myśl, wspomnienie czegoś, czego do końca nie umiem zrozumieć w kategoriach twardego pragmatyka, jakim wydaje mi się, że jestem, choć bardzo bym chciał.
- Posłuchaj przyjacielu, mam dla ciebie coś szczególnego – Józek przemówił niemal uroczyście. Trzymał w rękach przepiękne koło sterowe, duże, mosiężne i wykonane bardzo solidnie. Niemalże dzieło sztuki.
- To pochodzi z łodzi motorowej, wyprodukowanej przed pierwsza wojną, tłumaczył. Dostałem je kiedyś od starego marynarza, pamietającego jeszcze budowę portu w Gdyni. Teraz chciałbym je tobie przekazać w prezencie. Niech ci się dobrze steruje po południowych morzach… w kierunku tych naszych marzeń Dopłyniemy tam kiedyś? – zapytał.
Niby się wzbraniałem przed przyjęciem takiego prezentu, czując, że oprócz wartości już czysto historycznej a nawet materialnej, jest też cenny zupełnie inaczej – po prostu jako pamiątka od kogoś, kto był z Józkiem prawdopodobnie również w ciepłych relacjach…, ale chęć posiadana czegoś takiego była silniejsza od skrupułów.
- Józek, dziękuję i bardzo się cieszę, chociaż nie wiem, w jaki sposób będę mógł się zrewanżować, czym w ogóle sobie na takie wyróżnienie zasłużyłem – jednak nie potrafię odmówić. Język lekko mi się plątał, ale… chwyciłem w dłoń ten piękny, złociście połyskujący kawał mosiądzu. Jednak nie przewidziałem jednego – był niewiarygodnie ciężki. Owszem, dało się go unieść, ale przecież czekało mnie ponad pół kilometra drogi do mojego mieszkania. Z dłonią córeczki w jednej ręce, z masywnym kołem sterowym w drugiej. Trochę wyhamowało to moje zapędy. Wyobraźnia podpowiadała, że zatarganie czegoś takiego do domu, może okazać się nie lada wyzwaniem.
- Mam prośbę, powiedziałem, – przechowaj mój prezent do jutra. Podjadę po to po południu samochodem i zabiorę. Przeszło mi przez głowę, że żal się z tym „cudem” rozstawać nawet do jutra, ale nie ma wyjścia.
Wyjście się jednak znalazło. Józek je podsunął.
- Nie wiem Jędruś, czy znasz takie stare powiedzenie?, eh.. pewnie znasz, ale powiem – jak dają to bierz, a jak biją uciekaj. No to jak?
Zrozumiałem przesłanie. – Nic z tych rzeczy, na wszelki wypadek zabieram od razu, bo się jeszcze …rozmyślisz. Wydawało mi się, że spojrzał na mnie wtedy jakoś inaczej niż zawsze… ale pewnie tylko mi się tak wydawało…
Natychmiast złapałem w prawą dłoń koło, w lewą chwyciłem dłoń Oli i rzuciłem na odchodne – jak dociągnę do domu, to pierwszy etap na Bora –Bora będę już miał za sobą… Drzwi do mieszkania otworzyłem z czarnymi mroczkami przed oczami i rękami sięgającymi podłogi. Ale koło przytargałem.
Następnego dnia, bardzo wcześnie rano wyruszyłem nad morze, na swój dwutygodniowy dyżur. To była moja praca do której w żaden sposób nie mogłem się spóźnić. Nasz oddział PUL AEROPOL Gdańsk obsługiwał wtedy z lotniska Rębiechowo helikopterami MI-8 platformę wiertniczą PETROBALTIC. Wykonywaliśmy również loty ratownicze w ramach Polskiego Ratownictwa Okrętowego oraz loty patrolowe nad polskimi wodami ekonomicznymi na Bałtyku.
Kilkanaście minut przed południem, wraz z inspektorami Urzędu Morskiego, do takiego właśnie lotu wystartowaliśmy. Były to zwykle ponad czterogodzinne – obowiązkowo z dwoma beczkami zapasowego paliwa na pokładzie – rajdy na niewielkiej wysokości nad wodą, wzdłuż granic naszej strefy rybołówstwa, w celu wykrywania i identyfikowania tych, którzy jak mawialiśmy, „kradli” nasze śledzie. Ni mniej, ni więcej oznaczało to, że poławiali nielegalnie ryby na naszych wodach ekonomicznych i nic sobie z tego nie robili. Najczęściej były to kutry duńskie i szwedzkie. Radzieckie nie kradły – jak mawialiśmy – po prostu brały z wody wszystko, jak swoje. Ogólnie jednak było tak – oni podstępnie łapali nasze ryby – a my łapaliśmy ich. To znaczy zawiadamialiśmy o każdym przypadku przyłapania obcego WOP, a ich kutry robiły resztę.
Lot był bardzo spokojny. Nawet nudny. Zawsze, gdy przez dłuższy czas w zasięgu wzroku nie pojawiało się dosłownie nic, zaczynaliśmy spoglądać na siebie i jakby dawało się słyszeć pytanie – czy coś się stało?. Nie było żadnych kutrów, okrętów Radzieckiej Floty Bałtyckiej i nawet ptaków nie było. Nie przyleciał też choćby jeden draken czy viggen Szwedzkich Sił Powietrznych, a prawie zawsze przylatywali i pozdrawialiśmy się wzajemnie, machając do siebie rękami.
Gdzieś nad środkiem Bałtyku, zacząłem słyszeć w moich luksusowych w tamtym czasie Amplivoxach, jakieś fragmenty, strzępy pojedynczych słów i mnóstwo trzasków – co dla radiostacji R 860, którą dysponowaliśmy, było rzeczą normalną. Aż wreszcie dotarło do mnie – ktoś wołał sierra papa sierra whiskey sierra. Bez wątpienia chodziło o nas. Natychmiast wyłączyłem blokadę szumów i wzbiłem się na kilkaset metrów nad wodę. Teraz było już słychać w miarę dobrze. Wołał nas jakiś lotnik z Morawy L 200 Lotnictwa Sanitarnego, retransmitując kontrolera Wieży Gdańsk w Rębiechowie, który z powodu odległości ponad dwustu pięćdziesięciu kilometrów nie mógł być już w żaden sposób przez nas słyszany. Powtórzył raz jeszcze. A jednak udało się. Potwierdziłem odbiór, więc nadawał dalej.
- Sierra papa sierra zulu romeo, jeżeli pan mnie słyszy, to proszono mnie żebym przekazał, że godzinę temu zginął w Krośnie pan Józef Menet. Oblatywał jakiś mały samolot, amatorską konstrukcję, coś się niestety połamało, nie wiadomo dokładnie co i roztrzaskał się o ziemię. Dzwonili z Krosna, żeby pana powiadomić, bo panowie podobno dobrze się znali…
Powiedziałem tylko, dziękuję. Zamilkłem. Poczułem pulsowanie w tętnicach. Nie mogłem wydobyć z siebie nawet jednego słowa więcej.
Nastąpiła straszliwa cisza. Pulsowały mi też skronie, które zrobiły się jakby nieco wilgotne… Jedynie w uszach, wydawało się że bez końca dzwoni ostatnie słowo – panowie się …znali…znali…znali… Zapanował lodowaty czas przeszły. …Znali… Nie znają się, tylko teraz już …znali się.
Było to bardzo dawno temu a ja dalej czegoś nie wiem. Nie wiem dlaczego właśnie tamtego popołudnia dostałem od Józka Meneta to przepiękne koło sterowe i dlaczego tak „napierał”, żebym je zabrał natychmiast…
Niedokończony betonowy jacht stał w tym samym miejscu, systematycznie niszczejąc, przez następnych wiele lat, nietknięty przez nikogo. Wiem o tym od znajomych. Mnie zabrakło odwagi by kiedykolwiek odwiedzić to miejsce. Ale czy stoi dalej? Też nie wiem.
Dalej natomiast marzę o rejsie życia, z Józkiem Menetem na Bora – Bora.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.